MORDERSTWO Z DEDYKACJĄ

(część 4 z 7)





	Gąsior zadecydował, że pora teraz na Adelę Lasikównę, wobec czego obaj mężczyźni przeszli pod drzwi kuchni. Gąsior zapukał. Zaraz też drzwi otworzono, a w powstałym otworze pojawiła się niska, ale zwarta sylwetka nadwornej kucharki panów oficerów.
	– Czegoś panowie nie wiecie? – rzuciła śmiałe spojrzenie kobieta.
	– Chcemy teraz z panią porozmawiać – skłonił głowę Gąsior. Kucharka obtarła obie ręce o fartuszek i lewą wskazała drogę usuwając się trochę. Prawdopodobnie była mańkutką. 
	– W takim razie zapraszam panów milicjantów do mego królestwa.
	Mężczyźni weszli. Kuchnia była wyszorowana, wszystko tutaj błyszczało: rząd rondelków zawieszonych na zmyślnym wieszaku, okno przysłonięte firaną, biały kwadrat lodówki, atrapy szaf i szafek, półki z talerzami. Maras zobaczył złożoną do siedzenia kozetkę i parę krzeseł przy sporym kuchennym stole, wobec czego przesłał gospodyni pytające spojrzenie.
	– Tak, tak! Proszę siadać, panowie milicjanci, gdzie tam który chce – odpowiedziała na to nieme pytanie porucznika Lasikówna. – Jak panowie chcecie, to mogę podać zaraz herbatę albo kawę? Albo może nalewki podam? – uśmiechnęła się poczciwie, „nieomylnie” odgadując, co prawdziwym mężczyznom musi niby przypaść do gustu…
	– Niech pani się nie trudzi – Gąsior jakoś miał słabość do tej prostej kobiety i starał się być dla niej szarmancki. A może nie starał się, tylko tak jakoś samo to wypadało. – Chcemy z panią, i to nie długo, pomówić. Nic więcej.
	Maras i Lasikówna siedzieli na kozetce, Gąsior – na krześle, po drugiej stronie stołu. Nad stołem, obok prostej ale funkcjonalnej lampy, polatywała mucha. Dostrzegłszy ją, babina złapała jakąś ścierkę i rzuciła się ku nieszczęsnemu stworzeniu, zabijając muchę w locie.
	– Walczę z tym paskudztwem przez cały czas i nigdy nie ma końca. Wstyd mi, bo przecież jak w kuchni nie będzie czysto, to co o mnie każdy powie.
	– Trudno, żeby w wiosce nie było much – zauważył pocieszająco Gąsior. – Chociaż oczywiście Radość to nie jest wioska – dodał pośpiesznie, gdyż Lasikówna spojrzała zaraz chłodno.
	– Wszędzie może być czysto – powiedziała. – Tylko trzeba pilnować.
	– No, może i tak… – ciągnięty bezwładnością tematu, Gąsior powiedział jeszcze te 3 słowa, po czym przeszedł do rzeczy – Co pani powie o mieszkańcach tego domu: jacy są? Uprzejmi, opryskliwi, hojni, sknerowaci, piją może?
	– Tak od razu, to nie da się wszystkiego powiedzieć – splotła dłonie babina. – Ale jak zaczynać, to trzeba chyba od najważniejszego: moi oficerowie to bardzo przyzwoici ludzie. Kłócą się na obiadach, na kolacjach, na śniadaniach, co wiem, bo jestem z nimi w czasie posiłków, ale tak to lepszych domowników trudno szukać gospodyni. Są zadowoleni z tego, co im gotuję, chwalą mnie, już to coś znaczy. Inny to by psioczył, że niedosolone, przypalone, czy coś w tym rodzaju, a moi oficerowie, jak niedosolone, to sięgają po solniczkę i złego słowa nie powiedzą. A żeby było co przypalone, to u mnie się nie zdarza.
	– Dobrze – Gąsior przerwał potok słów kobiety, której – widać – nie trzeba było zachęcać do mówienia. – Niech teraz może pani powie coś o tych kłótniach przy posiłkach. Bardzo są na siebie zagniewani?
	– O tych kłótniach to trzeba powiedzieć nasamprzód to, że gdyby nie major Bluziński, to by tych kłótni nie było; on zawsze broni tego, co jest akurat. Jak mówię, że przed wojną było lepsze mięso do kupienia, to major Bluziński zaraz: „dobrze, dobrze, ale nie dla wszystkich”. Wtedy ja mu mówię, że jesteś kto przed wojną był biedniejszy, to sobie kupował tańszą część takiego wieprzka czy wołu, ale że zawsze mięso było i to bez potrzeby wystawania w takich kolejkach jak dzisiaj. Na to major Bluziński powiada, że to nieprawda…
	– Mówi pani, że major Bluziński taki kłótliwy? – z udanym niedowierzaniem pokręcił głową Gąsior. – I kłóci się także z panią?
	– Ze mną to jest uprzejmiejszy, ale żeby pan zobaczył, jak napada na swoich kuzynów! – w oczach Lasikówny Maras dostrzegł oburzenie. – Przecież oni nic złego mu nie zrobili. A ten dogryza wszystkim, jakby go okradli, czy jeszcze co gorszego. I jeszcze, żeby coś z tego miał. Nikt przecież mu nie płaci za to, że tak się wysila, wyłazi po prostu ze skóry, żeby się pokazało, że to on ma rację, a nie kto inny… On i ten jego socjalizm. Przecież każdy widzi, jak jest. I to wojny już tyle lat nie było, a kto dzisiaj ma limuzynę? Chyba jaki sekretarz albo prezydent! Przed wojną, jak jeszcze żyli rodzice pana pułkownika, to pułkownik Kalinowski był pan! Jeździł takim czarnym automobilem, aż się kurzyło!
	– No, w mieście dużo ludzi ma w tej chwili samochody – próbował nie zgodzić się Maras.
	– Te dzisiejsze prykawki to nie są samochody – wzgardliwie uśmiechnęła się Lasikówna. – Jakby były normalne prawa, to by ten nie dojadł, ów zbankrutował, ale inni by żyli! A dzisiaj? Jak jest komuna i jak powiedziano, że każdy ma mieć po równo? Ten, co leży do góry brzuchem, ma ileś, i ten, co sobie ręce urabia po łokcie, ma tyle samo; czy to jest sprawiedliwie? Pewnie: i dzisiaj są spryciarze, co mają więcej. Ale normalny człowiek jak ma żyć w nienormalnych czasach?! – piekliła się Lasikówna, a Maras domyślił się, że mówiąc tak, w znacznej części powtarza argumenty swoich „domowników”.
	– Dobrze – wkroczył Gąsior. – A więc powiada pani, że ciężko wam wytrzymać z takim kłótliwcem jak major Bluziński?
	– Oj, ciężko, ciężko! – westchnęła kobieta. – Chociaż nie powiem: w takich zwykłych sytuacjach to jest, jak i inni tutaj, całkiem przyzwoitym człowiekiem. Parę razy mi węgiel nosił, powiedział jakieś miłe słówko, że dobrze wyglądam. Nie mówiąc o tym, że chwali mnie za jedzenie, bo tu wszyscy tak. Ale ja sobie myślę, że jak oni w tym wojsku służyli i jak im tam podawali co dzień grochówkę, to dla nich każdy normalny obiad byłby istnym cudem. Bo to tak jest, że ja gadam w sklepie z babami, jak stoją w tych kolejkach. Mówiła mi jedna taka Żelazkowa, że jej syn w wojsku. Podobnież wszystko tam dla niego pestka, tylko że jeść dają paskudnie: grochówka i grochówka. Ale to jest wojsko dzisiaj: w socjalizmie. Przed wojną, jak służyły moje oficery, musiało być inaczej. Zresztą chyba dla prostego żołnierza, to oni w wojsku dają byle co, ale dla oficerów pewnie lepsze jedzenie.
	– Dobrze, wróćmy jednak do naszej sprawy – Gąsior najdelikatniej próbował odwieść Lasikównę od wielosłowia. – Wie pani, że przyszedł list, którym jakiś człowiek zapowiada, że zabije właśnie majora Bluzińskiego. Czy nie wydaje się to pani dziwne? Zabijać człowieka żyjącego spokojnie, emeryta?
	– Ja tam nie wiem – wzruszyła ramionami kucharka. – Jeśli major Bluziński wszędzie tak sobie robił wrogów, jak w tym domu, to ja się nie dziwię, że ktoś wreszcie chce go zabić.
	Marasa uderzyło to „wreszcie” Lasikówny. Poruszony powiedział:
	– Niech pani pamięta, że i pani może udział w planach mordercy. Nie wykluczone bowiem, że ktoś może zasugerować pani, by krytycznego dnia podała pani majorowi… truciznę.
	– Że major Bluziński co dnia usiłuje pokazać, że jestem jakaś tam głupia i czort wie co, to jeszcze nie znaczy, że dam się wrobić w jakieś trucicielstwo – obruszyła się kobieta.
	– Major Bluziński prawdopodobnie nie chce pani wmawiać głupoty, a jedynie, o ile nam wiadomo, usiłuje wszystkich przekonać do swoich ideałów, przekonań – sprostował delikatnie kapitan Gąsior.
	– Przepraszam, panie milicjancie, ale przekonania to chyba każdy sobie sam wybiera i nie potrzebuje, żeby go kto inny przekabacał.
	– Nie, proszę panią! – sprzeciwił się Maras. – Nikt nie rodzi się z gotowymi przekonaniami. Jako dziecko dopiero przejmuje najczęściej przekonania swoich rodziców; potem, gdy poznaje lepiej innych ludzi, walczy z sobą i zmienia przekonania – bardzo, albo nieznacznie; i w dalszym życiu, zależnie od tego, w jakim środowisku przebywa, z jakimi ludźmi obcuje i czy sam przeżywa coś w środku, koryguje te swoje przekonania, aż dopiero na starsze lata można powiedzieć, że ma poglądy ustalone. Ale są ludzie, i należy do nich major Bluziński, którzy wigor zachowują do późnych lat i są skłonni zmienić swoje przekonania, o ile ktoś im wykaże, że myśląc o najogólniejszych sprawach tak, nie dostrzegli, że można myśleć o nich inaczej, bardziej właściwie. Ale trudno się dziwić, że skoro w sporach o przekonania narażają się na przegraną, pragną zwyciężać.
	– Gdyby nie major Bluziński, moi oficerowi mogli by sobie przy obiadach przyjemnie rozmawiać – obstawała przy swoim Lasikówna. – A tak dostają białej gorączki, sprzeczając się z tym… diabłem.
	– A nie pomyślała pani nigdy o tym – bronił swego Maras – że takie „przyjemne rozmawianie” na dłuższą metę mogłoby okazać się okropnie nudne? Może, przekonując do swoich poglądów, major Bluziński nie uzyska nigdy aprobaty swoich rozmówców, ale dzięki temu, że czyni te wysiłki, jego powinowaci i on sam będą dłużej żyli?
	– Dlaczego niby? – Lasikówna była zdezorientowana.
	– Ponieważ człowiek jak wzbudza i ujawnia swoje uczucia, to oczyszcza swoją psychikę z balastu, który w innym razie pociąga swojego nosiciela ku bezwładowi śmierci – odpowiedział porucznik, bojąc się nie tyle tego, że jego interlokutorka z nim się nie zgodzi, ile tego, że nie zrozumie jego inteligenckiego żargonu. Lasikówna rzeczywiście teraz zrobiła tylko wielkie oczy i nie powiedział nawet słowa.
	– Dobrze, zostawmy to – pojednawczo przemówił kapitan. – Niech pani powie lepiej, czy z okien swojej kuchni nie dostrzegła jakichś podejrzanych ruchów wokół tego – zastukał palcem o stół – miejsca, a konkretnie czy jacyś nieznajomi ludzie nie zaglądali do pani, nie wypytywali się o coś? Może też w sklepie, w którym pani kupuje, ktoś wypytywał panią o majora Bluzińskiego lub o którego z innych mieszkańców domu, w którym jesteśmy?
	– Nic takiego nie zauważyłam – odpowiedziała od razu, bez najmniejszego wahania kucharka. Gąsior westchnął:
	– Nie powie pani chyba, że w sklepie podczas, gdy stoi pani w kolejce, nie znajduje się nikt taki, kogo nie ciekawią sprawy pani… oficerów?
	– Co nieco się plotkuje – prostolinijnie odparła Lasikówna – a to, czy dużo piją, a to, czy nie męczy ich zgada…
	– Rozmawia pani przecież nie tylko w sklepie – pomógł Gąsiorowi porucznik – bo na przykład i wtedy, gdy idzie pani do sklepu, w drodze. Czy nie przypomina sobie pani osoby, która zna pani od niedawna, a która pyta panią ostatnio o sprawy tego domu?
	– Powiedziałam przecież – żachnęła się kobiecina.
	– A więc nikt? Zupełnie nikt? – żałośnie wyrzucił Maras.
	– Jak nikt, to nikt – wzruszyła ramionami.
	– Dobrze – rzekł Gąsior – a jak jest z tym pani sprzątaniem: sprząta pani codziennie?
	– U siebie w kuchni to codziennie – odparła kobieta z godnością. – A u moich oficerów to sprzątam w piątki i w soboty: parter w piątek, piętro w sobotę. Ale co to jest za sprzątanie… No, chyba, że przed świętami. A tak to właściwie tylko zajrzę, przejadę miotło. Oni są bardzo porządni. Nie tylko z charakteru, ale i w mieszkaniu każdy zawsze ma poukładane jak trzeba. Takie już wychowanie przeszli. W wojsku przecież o czystość się dba.
	– W takim razie mam do pani jeszcze tylko jedną prośbę: żeby pani pilnowała kuchni, szczególnie od soboty do poniedziałku. Bo naprawdę ktoś może tam się zakraść, jakby pani nie uważała, i podłożyć na przykład jakąś truciznę. A po drugie proszę pilnować z większą uwagą niż zwykle kluczy od wszystkich drzwi w domu. Wiemy, że nie lubi pani majora, ale chyba lepiej, żeby żył, prawda? Są ludzie, dla których życie bliźnich nie jest rzeczą świętą, gorzej: jest rzeczą, której odbieranie przynosi im przyjemność. Otóż, my jesteśmy od tego, by strzec ludzkiego życia; choć oczywiście wiemy, że w zdenerwowaniu, zacietrzewieniu, czy jak pani to nazwie, można komuś życzyć śmierci. W takich razach namawiamy do spojrzenia na rzecz chłodnym okiem i przypominamy starą zasadę: nie czyń drugiemu, co Tobie nie miłe. Bo przecież może tak się zdarzyć, że znajdziemy się kiedyś w sytuacji tego, komu dziś życzymy śmierci. Wtedy przeciwko nam będzie, jak powiemy, złość ludzka. A zastanówmy się, czy nie takie samo prawo ma dzisiaj major Bluziński, by „złość ludzką” przypisać… pani?
	– Ja tam tak żyję – wzruszyła ramionami kobieta – by nie zasłużyć sobie na czyjeś złe życzenie.
	– Jak sobie pani to przemyśli – wstał Gąsior – to jestem pewien, że dojdzie pani do wniosków, które będą rozsądne. Na razie żegnamy panią i namawiamy, by oczy i uszy miała pani przez te kilka dni szeroko otwarte. Jeśli pani coś zauważy, czegoś się domyśli, to proszę przyjść do nas. Bo my będziemy tu jutro, a potem w poniedziałek i pani pomoc może być dla nas czymś bardzo pożądanym. Do widzenia pani.
	Gąsior skłonił się lekko, a gdy to samo zrobił i Maras, obaj mężczyźni wyszli z kuchni.

–		–		–		–

	Kapitan zadecydował, że milicjanci odbędą dzisiaj już tylko jedną rozmowę i to dla odmiany nie z żadnym z domowników Kokosowa 7, tylko z poetą Janem Mórem.
	– Przyłbicka 3, mieszkanie numer 2 – wyczytał Gąsior z notesu. Obaj detektywi siedzieli już w samochodzie. Szkoda, że nie spytaliśmy Lasikówny o tę Przyłbicką – powiedział Maras, jako że, jak okiem sięgnąć, na Kokosowej nie było teraz widać żadnego ewentualnego informatora.
	– Nie będziemy wracać – rzekł Gąsior. – Jedź. W końcu ktoś się trafi.
	Maras ruszył. Na pierwszej przecznicy rzeczywiście stał dziesięcioletni chłopczyk. Maras zatrzymał przy nim samochód.
	– Chłopcze, nie wiesz, gdzie tutaj jest ulica Przyłbicka?
	– Wiem. Trzeba pojechać tędy – wskazał uliczkę, na której stał – a potem skręcić w lewo za tym dużym budynkiem.
	– Dzięki wskazaniu młodego informatora milicjanci pod adres poety trafili już bez trudu. Przyłbicka 3 to był spory domek, coś prawie jak kamienica. Tyle, że nie w ogrodzie, jak u Kalinowskiego. Teren, na którym stał, to była ogrodzona siatką z drutu niewielka parcela, gdzie poza huśtawką dla dzieci i mikroskopijną piaskowniczką kolebały się na wietrze zaledwie trzy drzewa: kasztanowce. Ogrody były, ale po drugiej stronie siatki i po drugiej stronie ulicy. Stąd poeta Jan Mór nie mógł chyba narzekać na powietrze, któremu druty ogrodzenia zapewne nie przeszkadzały w swobodnej wędrówce znad tlenodajnych drzew owocowych…
	– Milicjanci wgłębili się w klatkę schodową kamieniczki, weszli parę stopni w górę na wysoki parter i, stanąwszy przed drzwiami oznaczonymi cyfrą 2 oraz prostokącikiem pośrodku, na którym wygrawerowane zdobnie nazwisko Jan Mór, zapukali.
	– Kto tam? – dobiegł ich głos z lekka ochrypły, acz ja mężczyznę dość cienki. Maras najdelikatniej wyjaśnił kim są niespodziewani goście poety Jana Móra i co ich sprowadza. Drzwi po chwili otworzono, ale tylko nieznacznie: w powstałej sparze milicjanci dostrzegli nacechowane ostrożnością oczy dość wysokiego mężczyzny o nalanej twarzy i łańcuch, którego założenie uniemożliwiało otworzenie drzwi szerzej. Mężczyzna o nalanej twarzy powiedział:
	– Proszę pokazać legitymację.
	Milicjanci szybko spełnili życzenie poety, a Maras przy okazji pomyślał, że widać Jana Móra nachodzą podejrzane indywidua, skoro poecie nie wystarcza słowne zapewnienie i żąda legitymacyj. „Prowadzi może dom, które odwiedza wielu ludzi; to może być obiecujące dla nas” – Maras ucieszył się. Mór dość długo certolił się z oglądaniem malutkich książeczek, wreszcie mruknął coś pod nosem i spuścił łańcuch. Drzwi otworzyły się. Milicjanci zobaczyli niewyobrażalne nagromadzenie starych przeważnie książek, które przesłaniały tutaj wszystko. Czasopisma, książki i inne papiery leżały przy ścianie przedpokojowej wprost na podłodze podłodze górną krawędzią masywu sięgały po sufit. Maras zastanawiał się, jak to wszystko bez półek się trzyma. Uderzał też zapach – pleśni czy czegoś innego; woń ta, zwłaszcza w pierwszej chwili, była prawie nie do zniesienia. Natomiast podłogi tutejszej nie zamiatano chyba od stu lat… Z prawej strony, obok papierów, stał wieszak z paltami, u stóp którego ustawiono kilka par sfatygowanego obuwia.
	– Przepraszam panów za moją ostrożność – Mór wskazywał gościom drogę do środka – ale doświadczenie nauczyło mnie, że z nieznajomymi trzeba ostrożnie. Przez to mieszkanie przewija się sporo ludzi, skąd wynika pewne niebezpieczeństwo. To mianowicie, że wiele osób wie, iż mieszkam sam i że mam miękkie serce… A przynajmniej to, że nie jestem okrutny i że za byle kradzież nie mam zwyczaju ganiać złodzieja po całym świecie, ani informować milicji o tym, że coś z mojego ubóstwa mi wyniesiono lub, że bezpłatnie je się tutaj z mojej miski i sypia. Proszę panów, proszę…
	Milicjanci przeszli przez przedpokój i znaleźli się w sporym pokoju, jeszcze bardziej nieuporządkowanym niż przedpokój. Tak jak i tam, wszystko tonęło tu w papierach, podłoga i meble upstrzone były różnobarwnymi plamami. W powietrzu wirował kurz, którego zamieć potęgowała się nieomal każdym krokiem w tym królestwie bałaganu.
	– Jak panowie widzą, żyję wśród artystycznego nieładu – bez skrępowania przemówił Mór, ogarniając gestem otoczenie. – Ale jestem poetą, więc on panów pewno nie dziwi.
	Maras odnotował w myśli, że w jedyny pokoju Móra jest rozlatujące się łóżko, przykryte byle jak podziurawioną matą; szafa na ubrania, pewnie skrzypiąca przy każdym sięganiu po spodnie czy koszulę; piec kaflowy, względnie porządny, i stół, zawalony książkami, czasopismami i rękopisami zapewne samego Móra, a wokół niego 4 krzesła, na których usiąść byłoby ryzykowne nawet dla akrobaty…
	– Proszę siadać, a ja pójdę do kuchni wstawić wodę na gaz – rzekł Mór. Co prawda, nie stać mnie na wiele, zwłaszcza brakuje mi dzisiaj alkoholu, ale herbatą panów przyjmę. Nieczęsto te progi mają zaszczyt gościć oficerów milicji.
	Maras ostrożnie przysiadł na jednym z krzeseł, wtedy dopiero odgadł, co jeszcze mu się w tym domu nie podoba: wokół lampy, która zwisała nad stołem, krążyły, krążyły paskudne, grube muchy, bzycząc i stwarzając zagrożenie ataku na nosy wszystkich przebywających tu istot. Na szczęście w mieszkaniu nie było psa, ani kota…
	– Herbata będzie za kilka minut – rzekł Mór wróciwszy z kuchni.
	– Tymczasem chciałbym poznać cel waszej wizyty, panowie. Wiem już, że przysłał wasz do mnie Adaś Bluziński.
	– Do pułkownika Kalinowskiego przyszedł anonim. Komuś zależy na tym, by pański znajomy znikł z tego świata.
	– Może jest to dowcip – Mór szybkim spojrzeniem obrzucił Gąsiora.
	– Tak pan myśli? – rutynowo zareagował Gąsior.
	– No, panowie, wy przywykliście do czego innego. Z racji zawodu macie często kontakt z prawdziwymi zbrodniarzami, z trupami czym tam jeszcze. Ale ja? Mój cały świat to… słowa. Ludzie i słowa. Ludzie wypowiadający słowa i słowo pisane, słowo czytane. Wiecie zapewne, że artyści jakoś się wyszukują, razem śnią ten sen na jakie, tworzą ten swój mały światek czy półświatek, choć dzieje się w nim może więcej niż w tym świecie wielkim. Powiedziałem „więcej” ponieważ artyści z natury rzeczy mają zdolność i łatwość do wypowiadania się na temat tego, co przeżywają. Ich rozmowy, nasze rozmowy, nie mają może tej wagi, co rozmowy polityków najwyższego szczebla, ale na tym naszym małym szczeblu, co też wynika z natury rzeczy, możemy sobie pozwolić na więcej niż ograniczeni nieobliczalnymi konsekwencjami każdego słowa politycy. Możemy więcej powiedzieć, może mniej zrobić. Proszę poczekać, już czajnik gwiżdże… – Mór szybko przeszedł do kuchni, jakby chcąc, żeby niepotrzebnie nie wypaliło się za dużo gazu pod czajnikiem.
	– Ale Adasia ktoś chce zabić? – poeta przemówił z kuchni. – Przecież z tego, co wiem o nim od niego samego, nigdy nie męczyły go jakieś niejasne sprawy. Ja i Adaś przyjaźnimy się na zasadzie jedności przeciwieństw – Mór wnosił do pokoju 3 szklanki z herbatą na sfatygowanej tacce stąpając ostrożnie, ponieważ szklanki napełnił herbatą po same brzegi. „Czy nie byłoby prościej nalać tej herbaty troszkę mniej i potem nie narażać się katastrofę? Przecież z tego typu praktyki pewnie stąd tu tyle plam” – pomyślał Maras, widząc, że niesienie tych herbat sprawia Mórowi sporo kłopotu. Ale Maras znał trochę ludzi i wiedział, że pewne przyzwyczajenia stanowią dla niektórych sakrum – choćby były najzupełniej nierozsądne. Zwyczajnie jednak porucznik wyłuszczał prosto z mostu, że to czy owo uważa za dziwaczne. Porucznik robił tak, ponieważ już w szkole nauczono go walczyć z zabobonem, i chciał, choćby w minimalnym stopniu, przyczynić się do „tryumfu postępu” wśród ludzi, z którymi się spotykał. Ale teraz po prostu zagapił się, a może sposób bycia niekonwencjonalnego poety był po trosze onieśmielający…
	– Jestem różny od Adama jak ogień od wody – ciągnął Mór – ale dopełniamy się. Dla niego wszystko jest jasne i proste, ponieważ zaufał pewnej idei i ona mu wszystko tłumaczy. Dla mnie świat i człowiek to czysta paradoksalność.
	– Jestem laikiem na tej grządce – przemówił Maras – ale słyszałem, uczyłem się jeszcze w podstawówce, a potem i później, że pisarze muszą się odznaczać tak zwanym zmysłem obserwacji. Jeżeli jest pan takim typowym pisarzem, a więc dobry obserwatorem, to wyznam, że wiele sobie obiecuję po wizycie u pana.
	– Co konkretnie pana interesuje? – uniósł brew Jan Mór.
	– Interesuje mnie czy nie spostrzegł pan ostatnio u jednego z pańskich znajomych jakiegoś trudno wytłumaczalnego lub tłumaczącego się w sposób podejrzany zainteresowania osobą pana majora.
	– Adasia moi inni znajomi znają mało. Tych najbliższych zapraszam na różne spotkania, przy piwie, przy winie… W tym domu nie ma kobiety, więc jakichś wielkich uczt jedzeniowych trudno się spodziewać u mnie. Ale spotkania przy winie odbywają się tutaj dość często. Goszczę innych poetów, a także ludzi, którym tylko się wydaje, że są poetami; wpraszają się też czasem goście, których znam bardzo słabo. Ale każdy znajomy musiał być najpierw nieznajomym… Na naszych biesiadach czytamy swoje, a czasem i innych autorów wiersze. Ktoś tam przyjdzie z gitarą, zaśpiewa… Bluziński był na paru takich spotkaniach i stąd niektórzy inni moi znajomi zdołali trochę go poznać. Ale jeśli pytają o niego, to tak, jak i pytają o kogokolwiek innego: raczej ogólnie. No pewnie, każdy człowiek posiada jakiś indywidualny rys, a takim u Adama jest jego zaprzedanie sprawie socjalizmu. Więc ludzie, którzy poznali go od tej strony, gdy ich spotykam, i jeśli o niego pytają, to pytają właśnie o „jego” socjalizm. Na zasadzie osobliwości.
	– A więc nie zauważył pan jakiegoś szczególnego zainteresowania osobą majora Bluzińskiego wśród pana innych znajomych? – odezwał się Gąsior. Mór nie odpowiedział od razu. Nagle jakoś zamyślił się, zmarszczył czoło, zamrugał powiekami…
	– A właśnie! – przemówił wreszcie. – Przypomniało mi się, że na jednej z ostatnich biesiad – Przyłbicka 3, Adaś dłuższą rozmowę na boku odbył z niejakim Remigiuszem Bączykiem, a potem wymienili nawet adresy. Ten Bączyk to jest młody człowiek, silnie wierzący w Przeznaczenie. Zrozumiałe, że miał o czym mówić z Adamem, który optuje, jak to się z cudzoziemska mówi, za socjalizmem, którego wyznawcy chcą ponoć świat zmienić po myśli ludzkiej i nie wierzą w „jakieś tam” boskie wyroki.
	– Różnica poglądów umożliwia dyskusję, ale czasem też uniemożliwia – powiedział porucznik.
	– Tak – przyznał Mór. – Czasem jest o co się spierać, ale nie ma w ogóle chęci rozmowy. Tym razem jednak była i chęć. Bączyk i Bluziński rozmawiali z ożywieniem przez bodaj 2 godziny.
	– Kiedy to było? – rzucił Maras, jakby od niechcenia.
	– 2 tygodnie temu, całkiem niedawno.
	– Podsłuchał pan coś z tej rozmowy? – rzucił z kolei Gąsior.
	– No, spierali się o sprawy zgoła zasadnicze: o to, czy świat został stworzony przez Boga, czy może powstał jakoś inaczej, czy można wierzyć w boską wszechmoc, czy może wszystko jest wynikiem wolnej gry sił i ewolucji materii; czy historia popycha ludzkość ku chaosowi, czy też może ku absolutnemu ładowi; czy nieśmiertelność jest mrzonką filozofów filozofów marzycieli, czy może jest generalnym celem w walce Boga z Szatanem. Dużo było tego.
	– I nikt nie wtrącał się do ich rozmowy?
	– Początkowo ich spór miał charakter ogólny, interesował wszystkich. Ale jak przeszli do szczegółów, zainteresowanie reszty moich gości przeszło na inne sprawy. Oni wtedy przesiedli się na łóżko i tam rozmawiali. Na boku, jak już powiedziałem.
	Ostatnia słowa Móra spowiła cisza, Maras wyczuł bowiem, że Gąsior chce spytać o seksualizm gospodarza, a Gąsiorowi nie wypadało przejść do tej intymnej kwestii ot tak po prostu. Maras nie mylił się…
	– Panie Janie, wiemy, że jest pan homoseksualistą. Z punktu widzenia prawa, jakie tu reprezentujemy, homoseksualizm nie jest zakazany i bynajmniej nie zamierzamy pana odwodzić od tej pana… hm, kontrowersyjnej skłonności. Interesuje nas jednak… charakter pana znajomości z majorem Bluzińskim. Może pan coś o tym powiedzieć? No, o tym, jak doszło do waszego poznania się; w jaki sposób się, bo mówił pan coś o tym, uzupełniacie…?
	– Nie jest tak, że mam skłonności do homoseksualizmu – spojrzał z jakąś wyższością Mór. Skłonności do niego może mieć każdy. Jestem homoseksualistą w całej pełni. Interesuje mnie ludzki rozum, a ten najbujniej pokwita na pożywce takich rzeczy, jak na przykład lekkie, albo nawet ciężkie, zboczenie, dewiacja psychiczna, seksualna, intelektualna. Zdrowy człowiek ma zdrowie i ono całkowicie go pochłania, ubezwłasnowolnia. Natomiast ludzie o zwichniętym zdrowiu, nie mając innych dróg samourzeczywistniania się, rozbudowują, mógłby ktoś powiedzieć, monstrualnie, swój świat wyobraźni, swój świat postępowania intelektualnego…
	– Zdrowych pochłania zdrowie, ale chorych – chyba choroba? – wkroczył Maras, któremu wydało się, że Mór coś już w swoim wywodzie poplątał. Porucznik nie lubił, po prostu źle się czuł, gdy ktoś, jak to się mówi, „wstawiał kit”, a odbywało się to bez protestu.
	– Tak, ale choroba pochłaniając, otwiera nowe światy przed człowiekiem, natomiast zdrowie… Cóż, pomyślcie tylko panowie o intelekcie sportowców. Powiedziałem „sportowców”, ale chodzi mi tutaj o wszystkich reprezentantów światka kultury, czy pracy fizycznej. Niestety jest tak, że sport czy praca w fabryce otępiają.
	– A nie hartują? – zaoponował Maras.
	– Tak właśnie powiedziałby Adaś Bluzińki – Mór gestem podkreślił, że ten rodzaj argumentowania jest mu znany, a po drugie, że uważa go za skompromitowany. – Niestety praca fizyczna nie hartuje. Jest to kłamstwo powtarzane przez wszelkich demagogów usiłujących namówić tak zwane „szerokie masy” do wytężonej pracy w fabrykach i na polach, by wyglądało na to, że u steru zasiadają właściwi ludzie, ponieważ nikt się nie buntuje i wszystko można dostać w sklepie. Jest to wstrętna demagogia, ponieważ władza dzięki temu oszustwu nie ma ciężkiej pracy, podczas gdy inni pracują w pocie czoła i degenerują się uczuciowo i umysłowo. No bo niech pan tylko – Mór otwartą dłonią wskazał na Marasa. Przypomni sobie, jak wygląda dzisiaj tak zwana „popularna” sztuka. Jest to zbiór ckliwych banałów, uproszczeń, plagiatów. A taka sztuka ma swoich entuzjastycznych zwolenników zwolenników i odbiorców w najszerszym kręgu ludzi, ponieważ potrzeby tego kręgu odpowiadają, są adekwatna właśnie do tych „wartości”, jakie niesie z sobą dzisiejsza sztuka popularna. Brak orientacji w świecie wartości artystycznych u przeciętnego odbiorcy sztuki wypływa stąd, że ludzie są otępienie tym, co nakazuje się im robić dla zarobku. Jest tak pewnie wszędzie, ale najczystszy przypadek tego typu to tak wielbiony przez Bluzińskiego socjalizm. Kłamstwo porasta kłamstwem, przemilczeniem, wpajaniem tym zwłaszcza ludziom, którzy są na tyle naiwni, że darzą rządzących zaufaniem, absurdu, historiozoficznej fikcji, najgorszych rzeczy.
	– Jak na razie powiedział pan o tylko jednym kłamstwie socjalizmu – rzekł Maras, którzy poczuł się zobowiązany przemówić w imieniu majora Bluzińskiego.
	– Czyż drugim kłamstwem socjalizmu, nie muszę wcale długo szukać, nie jest… Katyń? – poeta Jan Mór w swoim krześle wyprostował plecy i przez długą chwilę, w ciszy, wpatrywał się, to w oczy Marasa, to w oczy Gąsiora.
	– Mówię Katyń, bo teoria i praktyka to jedno.
	– A żeby olbrzymia większość mogła spokojnie żyć – milczenie przerwał znowu Maras – potrzebna jest czasem ofiara ze znikomej mniejszości…
	– Ja sobie wypraszam podobne nieodpowiedzialne żarty! – niespodziewanie uniósł się Mór. To ja bowiem należę do myślącej mniejszości i powiem panu, że dla miliardów głupców nie mam bynajmniej zamiaru składać ofiary z własnego życia!
	– A jednak, chyba w przeciwieństwie do stalinowskich Rosjan, hitlerowscy Niemcy nie patrzyli, kto wśród Żydów jest mądry, a kto głupi, i wymordowali cały prawie żydowski naród? – zauważył Maras.
	– Nie jestem antysemitą – powiedział Mór – ale o ile wiem, Hitler nakazał swoim służbom wymordować Żydów w obronie przed uzyskiwaną przez nich dominacją w ówczesnych Niemczech i w Europie. Wybijające się jednostki pochodzenia żydowskiego to gracze wyrafinowani, od lat zdobywali w Europie, i zresztą także w Ameryce, kluczowe stanowiska, czy chociażby intratne posady, pozostawiając innym nacjom rolę otępionych wykonawców prostych robót takich, jakie dzisiaj, a w każdym razie jutro, spadną na „barki” maszyn. Wybijający się Żydzi uzyskiwali tę hegemonię stopniowo i w sposób wyrachowany. Hitler był prostakiem i też w sposób prostacki postanowił tę niekorzystną ze swojego punktu widzenia tendencję odwrócić.
	– Czy pan uważa – odparował Maras – że Żydzi nie mieli prawa na drodze takiej lub innej, ale nie przez ludobójstwo!, rywalizacji zwyciężać przedstawicieli innych narodów?...
	– Zostawmy to, panowie – wreszcie pojednawczo wtrącił się Gąsior. – Mamy przecież konkretną sprawę. A więc, panie Mór: czy od strony seksualnej major Bluziński jest czysty?
	– Jak to: „czysty”? – skrzywił się Mór. – Jestem homoseksualistą, ale Bóg mi świadkiem, nikogo nie zabiłem i też uważam się za czystego. Jeśli chodzi panu o to, czy Bluziński ze mną lub z kimkolwiek spośród moich kolegów uprawia miłość, to proszę inaczej sformułować pytania.
	– Niech pan uważa, że tak je sformułowałem.
	– Adam nie jest dewiantem, jest heteroseksualny – burkliwie odpowiedział Mór.
	– A czy poza owym młodym Remigiuszem Bączykiem któryś z pana znajomych, znajomych może kobieta?, nie interesował się w sposób zwracający uwagę na przykładem rozkładem dnia majora Adama Bluzińskiego? – rzucił Gąsior.
	– Adam był parę razy na biesiadach w tym domu, a że lubi rozmawiać, ściśle biorąc: przekonywać wszystkich do swoich ideałów polityczno–społecznych, toteż pewnie zapamiętała go spora część moich znajomych. Ale, proszę mi wybaczyć szczerość, jego sposób argumentacji, jakkolwiek może zrobić wrażenie na laiku, dla większości moich znajomych jest zbyt tradycyjny, żeby zainteresowali się nim jak czymś rewelacyjnym; czymś, co się pamięta. Pamiętają go, owszem; wiedzą, że opowiada się za socjalizmem, nawet tym, w jego wydaniu urzeczywistnionym. Ale żeby zapamiętać choć jedną myśl z jego wywodów na ten temat, to nie. On bowiem w zasadzie nie mówi nic nowego.
	– Powiedział pan jednak, że się uzupełniacie, a w tym stwierdzenie była aprobata dla osobowości majora – rzekł Maras.
	– Uzupełniamy się, ponieważ wiem, że on nie może być inny. Jest bowiem normalny i to go hamuje. Ale jest normalny na sposób klasyczny, czysty, w dobrym wydaniu. Mój świat i ja jesteśmy nieco zwichrowani. Adaś jest normalny. Uzupełniamy się właśnie na tej zasadzie.
	– W takim razie jeszcze proszę podać nam adres, a może i telefon, owego Remigiusza Bączyka – powiedział Gąsior, wyjmując swój niewielki notes oraz normalnych rozmiarów długopis.
	– Remigiusz mieszka w Warszawie. Proszę mi dać, sam zapiszę. Może się pan nie obawiać; mam czytelne pismo… – Mór wyjął Gąsiorowi z rąk notesik oraz długopis i starannie wykaligrafował: „R. Bączyk, Warszawa, ul. Chmielna 6 m 127”. Gąsior odebrał swoją własność i wstał. Za nim wstał i Maras.
	– A może na zakończenie – uśmiechnął się, rozbawiony jakąś myślą porucznik – powie nam pan jeden ze swoich krótkich aforyzmów?
	– Poezja zabija poetę w oczach muzy; morderstwo zabija mordercę w oczach świata – wypowiedział tonem nienaturalnie dla Marasa podniosłym Mór.
	– To była improwizacja? – uśmiechnął się uprzejmie Maras.
	– Uważa pan, że nieudana? – z wyższością rzucił spojrzenie poeta.
	– Udana, udana… do widzenia panu.
	Milicjanci wyszli.

–		–		–		–
c.d.n.